Życzliwość, nie tylko od święta

Życzliwość, nie tylko od święta



Świnoujście lubię odkąd zobaczyłam je po raz pierwszy. Pisałam już Wam o tym dwukrotnie na blogu. 



Nie bywam tam zbyt często, choć to tylko odległość 100 kilometrów, bo kłopot sprawia przeprawa promowa, która wydłuża podróż, czasem o trudny do przewidzenia czas.

   

Ale pokonanie tego trudu zostaje wynagrodzone przez wspaniały klimat, widoki i urok jakim czaruje samo miasto. A dzielnica nadmorska w szczególności.



Podczas jednego z pobytów w tym mieście odkryłam restaurację
"Magiczna Śpiżarnia",

Zdjęcie pochodzi z fanpage Restauracji


która przyciąga wzrok uroczym wystrojem, dostosowanym do pory roku czy świąt, ale przede wszystkim bardzo dobrą kuchnią. Przed daniem głównym, kuchnia serwuje wspaniały gratisowy starter z postaci mięsnego smalcu własnego wyrobu. A herbata okraszana jest dodatkowo owocami. Dania są duże, syte i bardzo smaczne. Jeśli tylko kiedyś zawędrujecie do Świnoujścia, odwiedźcie to miejsce koniecznie. Restauracja znajduje się nieopodal przeprawy promowej dla mieszkańców.

Ale nie o jedzeniu miał być ten post. 
Odwiedzając "Magiczną spiżarnię" podczas ostatniego pobytu, zostawiłam tam nieopatrznie mój ulubiony szal. Zorientowałam się dopiero po pokonaniu przeprawy promem, więc o wracaniu i staniu w kolejnym korku nie było już mowy. Żal mój był ogromny, bo zagubiony szal jest pamiątką po moim niezapomnianym pobycie na tureckim bazarze w bośniacko-hercegowińskim Mostarze.
Zdesperowana postanowiłam zadzwonić do "Magicznej Spiżarni", żeby się upewnić czy na pewno tam go zostawiłam. I wiecie co? Mam go znów przy sobie :-)
Przemiła obsługa i kierownictwo sprawili mi ogromną radość przesyłając mi go do domu.
 


Tak mnie poruszył ten gest, że postanowiłam odwdzięczyć się za to rozgłaszając wszem i wobec jakie to jest fajne miejsce.
Życzę Wam Kochani, abyście doznawali życzliwości małej i dużej, na co dzień, nie tylko od święta.
 

 
Święta w ... lesie

Święta w ... lesie



Często wracam pamięcią do powiedzonek mojej Babci. 
Jak wiadomo:

"Przysłowia mądrością narodów", a te rodzinne to prawdziwa kopalnia tradycji i historii każdej familii. Że "coś jest w lesie" oznacza ni mniej ni więcej, że jestem daleko, daleko od celu. A w tym przypadku chodzi o to, że moje przygotowania świąteczne są daleko w tyle. Tym bardziej jest to frustrujące, że obserwuję u Was już od pewnego czasu przygotowania do nadchodzących świąt, w zakresie kulinariów i dekoracji.
 




 Już mi się nawet nie chce relacjonować postępu prac wykończeniowych po dawno już przecież zakończonym remoncie. Bo to ci wszyscy wspaniali profesjonalni fachowcy wpływają na to, że duża część mojego dobytku jest nadal zapakowana w kartony. 
Tym razem poszło o blaty kuchenne. Miały być w ciągu 4 dni, ale przyjmujący zamówienie nie sprawdził dobrze stanu magazynowego i zrobiło się z tego ponad dwutygodniowe oczekiwanie z perspektywą mglistej obietnicy finału w tym tygodniu.




Aby nie pourywać pewnych głów i samej nie popadać w nadmierną frustrację, szukam wytchnienia, spokoju i relaksu na łonie natury. Szczególnie, że natura nie zechce zaczekać aż skończę zajmować się moim mieszkaniem i oddam się jej urokom. Ona sama, na przekór sobie zaczyna wariować i pędzić do przodu. Kwitnące magnolie to chyba  wystarczający na to dowód?


Dlatego, aby niczego nie utracić zamykam drzwi mieszkania z widokiem pudeł na wejściu i zaczynam gonić galopującą wiosnę.





A po drodze poznaję różne historie, jak np. tę o buszujących w niedalekiej okolicy rodzinie bobrów.


Pięknej, natchnionej wiosny Wam życzę.
I przeżytej w spokoju ducha :-)



 

 





 
Vintage czy retro ?

Vintage czy retro ?



Kiedy mówi się o stylu we wnętrzach, starych przedmiotach czy modzie, często używa się określenia vintage. Ale co to właściwie oznacza? 
Słownik podaje tłumaczenia: z języka angielskiego - zabytkowe, z francuskiego - winobranie. 
Kiedy szukałam definicji tego słowa, często używano go zamiennie z określeniem retro. Wydawałoby się, że to jest to samo, ale dla mnie istnieje subtelna różnica. O ile retro jest pojęciem szerszym w kontekście historycznym i na płaszczyźnie czasu, to vintage jest bliższe naszym czasom. Generalnie przymiotnikiem vintage określa się   przedmiot, który ma 20 lat lub jest wzorowany na taki. Mówi się, że jest to styl lub przedmioty pochodzące z czasów naszych mam i babć.

 


Ja w swoich zasobach mam dwa takie skarby: gobelinową torebkę z portmonetką oraz bluzkę, którą nosiła moja Babcia w młodości.



Styl vintage w modzie zawsze lubiłam. Przedmioty nadgryzione zębem czasu również kolekcjonuję. W kontekście przeprowadzonego remontu, styl vintage nabiera dla mnie szczególnego znaczenia, ponieważ mieszkanie nabrało cech bardzo nowoczesnego, szczególnie po wstawieniu nowych drzwi. 


A nie do końca jest to stylistyka, w której ja się całkowicie odnajduję. Dlatego równoważyć i tworzyć indywidualny charakter wnętrza, będą właśnie dodatki w stylu vintage.


Szczególnie te upolowane na targu staroci


lub stylizowane.



A Wy jakie odziedziczone skarby chowacie w swoich domkach? 
 
Tapeta na ścianę do kuchni

Tapeta na ścianę do kuchni



Tapeta, płyta meblowa, płyta akrylowa w kuchni ?

Dziękuję Wam bardzo za wszystkie sugestie i odpowiedzi na moje pytanie z poprzedniego posta, co zamiast płytek na ścianę w kuchni. 
Przeczytałam je z uwagą i pojawiły się w mojej głowie od razu pytania na temat funkcjonalności przedstawionych przez Was niektórych rozwiązań. Szczególnie chodzi o tapetę do kuchni, płytę meblową czy akrylową, umieszczone w strefie przy zlewozmywaku i kuchence. Wiem, że ja może chaotyczna bywam w kuchni i więcej niż inni pryskam wodą, energiczniej mieszam i za bardzo rozgrzewam tłuszcz, ale na pewno każdej gospodyni przydarzy się co nie co w kuchni nabałaganić. Jak tapeta na ścianie w kuchni i inne materiały reagują na wodę, nagrzewanie i pryskanie tłuszczu? Będę wdzięczna, jeśli napiszecie mi na ten temat więcej informacji.
 



Dlaczego nie lubię płytek i tapety na ścianie? 
 
Kiedy wprowadziłam się do mojego mieszkania, po poprzednich właścicielach pozostały na ścianach tapety. Dosłownie wszędzie, również na sufitach, poza częścią gdzie była boazeria. Systematycznie, w ramach dostępnego budżetu pomieszczenia były remontowane, a tapeta likwidowana. To, co było pod nią tłumaczyło dlaczego zastosowano takie rozwiązanie. Nierówne, popękane ściany i sufity rzecz jasna. Możecie więc zrozumieć moją niechęć do tapet na ścianie oraz płytek, które były dominujące w pomieszczeniach.



Dlaczego jednak podążyłam za trendem ?

Wiecie doskonale, że po latach dyskwalifikacji tapety we wnętrzach powróciły do łask i są obecnie jednym z nieprzemijających trendów. Ja pomimo niechęci podeszłam do tematu praktycznie. Mam dość wąski przedpokój, w którym znajduje się wieszak na ubrania. Aby chronić ścianę i uniknąć upraszania domowników o nieocieranie się o nią, zastosowałam to rozwiązanie w najwęższej części korytarza. Dodatkowo, już w celach dekoracyjnych wytapetowany został również  komin wentylacyjny dzielący kuchnię z przedpokojem.



A teraz mały quiz. Czy ktoś poznaje tę tapetę?
Najpierw ją kupiłam, a potem zobaczyłam w jednym z wnętrzarskich programów telewizyjnych i dowiedziałam się na blogach, że stała się bardzo pożądana. Ot, i mam przypadkiem wnętrze jak z TV :-)


Co oferuje rynek w temacie tapet?

Krótko mówiąc ogromny wybór. Ja zwróciłam szczególną uwagę na specjalną linię tapet do wnętrz marki Tikkurila. Wyróżnia się ona tym, że w kolekcji są również farby dobrane kolorystycznie do każdej tapety.
Mój wybór pierwotnie padł na wzór STITCH w kolorze Bungalow.
 
Ale ostatecznie stwierdziłam, że tapeta jest zbyt niebieska i zmieniłam koncepcję. Polecam jednak te produkty wszystkim, którzy chcieliby położyć w swoim wnętrzu tapetę i mieć od razu dobraną do niej farbę.


Na pasku bocznym bloga możecie znaleźć zdjęcie z moją ostatnią pracą, którą publikuję na facebooku, a na dole strony moje zdjęcia z Instagrama.
Co zamiast płytek ?

Co zamiast płytek ?



Dzisiaj już mogę wreszcie napisać, że witam się z Wami spoglądając na moje nowe, piękne podłogi. W końcu :-) 
Ale abym mogła pochwalić się efektem końcowym, musi minąć jeszcze trochę czasu. Teraz czekam na termin montażu drzwi, potem listew przypodłogowych, a w międzyczasie i na montaż szafek kuchennych. Jeszcze trochę cierpliwości i będzie na prawdę pięknie.

Aktualnie pochłania moją uwagę kwestia wyboru blatów kuchennych oraz wykończenia tzw "fartucha kuchennego", czyli co zamiast płytek zastosować na obszar pomiędzy szafkami a blatem kuchennym.



 Problem jest dość istotny, ponieważ kategorycznie odrzucam możliwość montażu płytek na ścianie. Nie dlatego, że mi się nie podobają, bo pierwotnie wybrałam śliczną mozaikę heksagonalną. Po prostu, mam dość patrzenia przez 10 lat na obłożoną kaflami dużą część ściany w kuchni.
Więc co zamiast płytek na ścianie? Wybór jak się okazuje jest dość różnorodny.


 A że ja zawsze szukam rozwiązań nietypowych, zainteresowałam się materiałem nowoczesnym, ciekawym, ale jak się okazało i bardzo luksusowym. Mowa tu o spiekach kwarcowych, czyli mieszance naturalnych skał, łupków czy minerałów. Powstają z nich płyty, które stosuje się m.inn na blaty kuchenne, zlewy, schody, elewacje budynków. Materiał jest odporny na warunki termiczne, poddaje się obróbce i jest bardzo naturalny w wyglądzie oraz ekologiczny. Ale, przy tym bardzo,  bardzo drogi. Po wycenie w wysokości 12 tysięcy złotych polskich za dwa blaty i okładzinę ścienną, pomysł niestety upadł.
Trochę tańsze, ale równie luksusowe są tzw. konglomeraty, surowiec składający się również z mieszanki minerałów, ale dopełniony żywicą. Opinie o nim są podzielone, ponieważ zawartość właśnie tej żywicy wpływa na jego mniejszą od spieków trwałość. Ale i w tym przypadku, cena była nie do zaakceptowania. 


Co zatem dalej? z pomocą przychodzi niezawodna Ikea. W jej ofercie można znaleźć panele ścienne, laminaty, akryle. Wszystko ładne, w przyjaznej kolorystyce, ale ma jedną podstawową wadę. Nie można ich stosować w okolicy płyty gazowej. 



Jak więc wybrnąć z tego problemu? Pozostaje tylko szkło hartowane, czyli tzw. lacobel. 

 
Moje nowe wnętrze, w stosunku do poprzedniego wystroju jest bardziej nowoczesne, więc to rozwiązanie, które kiedyś odrzucałam, teraz jawi się  jako najbardziej trafione i dostępne cenowo.
 
Wybór kolorystyczny i graficzny tego szkła jest ogromny. Ja jednak na pewno zdecyduję się na jego monochromatyczną wersję.

Chciałabym zapytać Was o opinię w kwestii dostępnych na rynku rozwiązań, dotyczących wykończenia "fartucha kuchennego". Może macie zastosowane w swoim domkach jakieś nietypowe materiały. 
Przyjmę każdą sugestię. Czekam niecierpliwie na Wasze komentarze.



Hygge klucz do szczęścia

Hygge klucz do szczęścia



"Wyobraź sobie, że jest deszczowy dzień, a ty siedzisz w fotelu pod kocem i czytasz książkę.
Wyobraź sobie, że jesz kolację przy świecach z przyjaciółmi i świetnie się bawisz.
Wyobraź sobie, że siedzisz przed kominkiem z ukochaną osobą, a na zewnątrz szaleje zamieć".

Brzmi znajomo?

Według tej książki

to, co właśnie odczuwasz to HYGGE.

Rzadko ulegam podczas zakupów modom i reklamie, zwłaszcza w wyborze literatury. Czasem postępuję nawet przekornie i celowo omijam rzeczy, które są aktualnie na topie. I tak było w przypadku tej książki oraz jeszcze co najmniej dwóch pozycji o tej samej tematyce. Ale okazja sama się trafiła, bo książka dostępna była w bibliotece, więc postanowiłam ją przejrzeć. I to w dosłownym tego słowa znaczeniu, bo o czytaniu trudno tu mówić. Na każdej stronie powtarzające się słówko "HYGGE" lub "HYGGELIGT", delikatnie mówiąc doprowadzało mnie do znużenia.

Czy każda z nas nie sprawia sobie na co dzień lub od święta drobnych przyjemności,

nie oddaje się swojemu hobby lub zainteresowaniom,

nie pielęgnuje relacji z przyjaciółmi?


Oczywiście, że tak tyle, że my nie tworzymy z tego filozofii, tylko to czujemy wszystkimi zmysłami.
Dlaczego więc Duńczycy stworzyli z tak prostych, miłych i dostępnych każdemu człowiekowi przyjemności filozofię życiową?

Trudno mi było odnaleźć w tej książce odpowiedź na to pytanie. Za to na pierwszy plan wysuwa się potrzeba zakupu dużej ilości świeczek, jako sposobu na osiągnięcie szczęścia.

Wydaje mi się, że to takie zjawisko jak amerykańskie "be happy" i "smile", czyli sztuczne kreowanie czegoś, co sobie samo istnieje, bez ubierania tego w zbędne słowa.

Zdecydowanym plusem tej książki są za to fotografie. Aż się proszą, żeby oprawić je w ramki.

I tylko dlatego warto sięgnąć przy okazji po tę książkę.


W przeciwieństwie do innej pozycji o tej tematyce: "Hygge duńska sztuka szczęścia", która nęci ładną okładką, ale w środku fotografie są moim zdaniem fatalne. 
Polecam zajrzeć przy najbliższej wizycie w księgarni i porównać.

Do miłego :-)


 
Kuchnia Ikea - dlaczego nie

Kuchnia Ikea - dlaczego nie



Nastał ten czas, kiedy powinnam powitać Was z mojego odnowionego mieszkanka, spoglądając z zachwytem na jego metamorfozę, a zwłaszcza podłogi. Niestety, Pan przyjmujący nasze zamówienie, wykazał się brakiem profesjonalizmu, a mój komentarz na ten temat, nie nadaje się do publikacji.
Konsensus jest taki, że w terminie kiedy podłoga powinna być już u nas kładziona, została ona dopiero zamówiona u producenta. Niech żyje profesjonalny sklep z wieloletnią tradycją na lokalnym rynku! Tyle na ten temat, bo słów cenzuralnych mi brak.
Dzisiejszy post opieram więc na zdjęciach z katalogów i broszur reklamowych zebranych przeze mnie w czasie przygotowań do remontu.

Kiedy zaczęłam planować remont jakieś dwa lata temu, meble kuchenne miały być zamówione pod tzw. wymiar. Szybko doszłam jednak do wniosku, że żadna firma nie zaproponuje mi nic oryginalnego, z powodu niefortunnego położenia komina wentylacyjnego pomiędzy kuchnią a przedpokojem i zainstalowanego na nim ogrzewania. 
Naturalnym wyborem wydawały się więc   meble Ikea.


I to te najbardziej popularne wśród wszystkich znanych mi blogerek, z dekoracyjnymi frezami. A że moje fascynacje ulegają okresowym zmianom, przyszedł czas na nowe. Przytłoczona ilością dekoracji w domu, różnych motywów i faktur zapragnęłam oddechu i prostoty. Tak zrodziło się zamiłowanie do nowoczesnych, minimalistycznych form i stylu skandynawskiego. 

A kto inny, jak nie szwedzka sieciówka, jest liderem tego rodzaju mebli? Pytanie retoryczne. Wybór padł na białe, proste meble kuchenne Ikea z linii Metod.
 


Proces planowania pomógł jednak ochłonąć i dojść do niekorzystnych wniosków.

SZAFKI IKEA
Standartowa głębokość szafek tej firmy to 60 cm. Przy dotychczasowych 52 cm, oznaczało to utratę kilku centymetrów na powierzchni i tak niezbyt szerokiej kuchni.

BLATY IKEA
Niestety blaty kuchenne tej firmy, tak jak np. pościel cechują się odmiennym wymiarem od dostępnych na rynku produktów innych firm. Te mają 63 cm, co w praktyce oznacza, że do szafek Ikea nie pasują konwencjonalne blaty innych producentów. Zawęża to wybór i wpływa na droższą wycenę całości. Dodatkowo, taki wymiar a właściwie dystans 3 cm pomiędzy głębokością szafek a blatem, uniemożliwiłby nam estetyczny montaż, z uwagi na rury gazową i wodno-kanalizacyjną, znajdujące się za szafkami.
Należy dodać do tego odległość do najbliższego sklepu Ikea i koszt transportu. Zamysł ten okazał się więc w naszym przypadku nietrafiony. 
Naturalnym więc wyborem okazało się znalezienie prostego, niedrogiego i łatwo dostępnego rozwiązania z myślą, że kuchnię marzeń będę urządzać jako następną, w bliżej nieokreślonej przyszłości.
Takim sposobem wybrałam bardzo podobne do szafek Metod Ikea, modułowe meble kuchenne z Castoramy.


Które aktualnie mieszkają w piwnicy i na ich prezentację musicie jeszcze cierpliwie poczekać :-)

Ćwicząc własną cierpliwość, chętnie poczytam o Waszych doświadczeniach z urządzaniem kuchni i wyborze mebli kuchennych.




Kolor do wnętrz

Kolor do wnętrz



Remontowy zawrót głowy powoli zaczyna zanikać, a w to miejsce pojawił się u mnie kolor we wnętrzu.
Dziś chciałabym podzielić się z Wami drobnymi kadrami moich ścian.




W dzisiejszych czasach, przy ogromnej dostępności do różnego rodzaju materiałów, przedmiotów i sprzętów, wybór koloru do wnętrza wydaje się czymś najprostszym w świecie. Moim zdaniem, i tak i nie. Można bowiem mieć jasno określoną wybraną gamę preferowanych barw, ale zabawa zaczyna się kiedy stajemy przed wzornikiem kolorów. 
Moim założeniem była paleta szarości i bieli, o której Wam już wspominałam. I wydawać by się mogło, że nie ma nic prostszego niż kupić takie farby i po problemie. A jednak. Szarość w odcieniu beżu, szarość w odcieniu błękitu, a nawet fioletu komplikuje wszystko. O ile bowiem ten w odcieniu niebieskim jest przeze mnie akceptowany, to pozostałe dwa już zdecydowanie nie. Jedyna rada to zaopatrzyć się w próbki i testować kolory.




Choć i tu trzeba brać poprawkę na położenie naszych ścian względem słońca, rodzaj sztucznego oświetlenia i podłoże, na którym malujemy. Przykładem niech będzie dominujący w moim wnętrzu kolor o nazwie "light grey".

Kolor próbki w słoiczku wskazuje na bardzo jasny odcień. Na pomalowanym podłożu widać już bardziej jego właściwą barwę.
A tak prezentuje się na ścianie w kuchni.
 


Jeśli mogę coś polecić miłośniczkom klasycznej szarości, to zdecydowanie właśnie ten kolor. Określiłabym go jednym słowem jako "elegancki". U mnie zagościł w kuchni i przedpokoju.

W sypialni natomiast króluje "niewzruszona szarość", jaśniejszy odcień, który przy sztucznym świetle nabiera niebieskiej barwy. Za dnia, w zależności od kąta padania światła prezentuje się jako ciemniejszy, niż jest w rzeczywistości. Dla porównania na zdjęciach widać ściany położone do siebie równolegle, jedna pod parapetem, druga na wprost okna.




A teraz niestety muszę Wam napisać o moim największym rozczarowaniu. W pokoju zwanym przez nas salonem, wymarzyłam sobie białe królestwo. Chciałam mieć fajne tło dla zdjęć i urządzić go w stylu skandynawskim. Niestety efekt mnie zaskoczył negatywnie. Po panującej tam wcześniej słonecznej żółci, pomieszczenie teraz jest w odbiorze chłodne i w odcieniu brudnej bieli. 


Czy to wina tynku strukturalnego, który jest tam położony, czy też odcienia bieli? Sama nie umiem na to pytanie odpowiedzieć. Może to wrażenie spotęgowane jest brakiem dekoracji, które na czas remontu zostały pochowane, ale też położeniem ścian. Tutaj, na wprost okna, nie wygląda ona już tak źle.

Pozostali członkowie rodziny też nie są zachwyceni, więc raczej zdecydujemy się na przemalowanie chociaż dwóch ścian, dla ożywienia wnętrza.



I na koniec mała rada. Prezentowane przeze mnie szarości pochodzą od różnych producentów, "light grey" to Beckers, a "niewzruszona szarość" to Dulux. Farby użyte w moim mieszkaniu są od Tikkurilii. Zależało mi na bardzo dobrej jakościowo farbie, którą będzie można szorować detergentem. Dlatego wybór padł na farbę ceramiczną tej firmy. Wystarczy udać się do dystrybutora z odmalowaną próbką, na przygotowanym odpowiednio podłożu (kawałek płyty kartonowo-gipsowej pokrytej gładzią). Przy pomocy specjalnego urządzenia profesjonalista znajdzie Wam odpowiednik koloru w ofercie wybranej firmy.

Ciekawa jestem jakie Wy macie doświadczenia z kolorami farb w Waszych wnętrzach?





Mój Instagram

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2014 world by Holly , Blogger